Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Zaksięgowani – Jakub Małecki (Powergraph)

Jak długo można kłamać – zwłaszcza gdy kłamiesz przed samym sobą? Jak mocno można cierpieć – dla kogo mógłbyś przekroczyć granicę bólu? I za ile sprzedałbyś swoje życie wieczne?

 

Ludzie oszaleli. Wszyscy czytają, kto nie czyta, ten ginie. Tajemniczy Zaksięgowani znikają z półek w zastraszającym tempie. Księgarnie płoną, a Ty dowiadujesz się, że w głowie masz szachownicę.

 

Siedemnaście opowiadań grozy o rozpaczy, śmierci, miłości i podatkach. Sprzedawcy ubezpieczeń, dresiarze, kumple z siłowni, pracownicy koncernów – co ich łączy? Uczynki ich wszystkich zostały zaksięgowane na tej samej fakturze dobrego i złego.

 

 

Jakub Małecki – ur. w 1982 r., z zawodu ekonomista, mieszka i pracuje w Poznaniu. Debiutował w marcu 2007 roku na łamach magazynu „Science Fiction, Fantasy & Horror”, w tym samym roku ukazały się też jego kolejne opowiadania w „Nowej Fantastyce”, „Magazynie Fantastycznym” oraz antologii Trupojad. Nie ma ocalenia. W maju 2008 roku opublikował pierwszą powieść, Błędy, a w grudniu kolejną, pod tytułem Przemytnik cudu. Następne teksty w krótszej formie znalazły się w „Nowej Fantastyce” oraz antologii młodych twórców fantastyki Nowe idzie.

Strona internetowa autora: www.jakubmalecki.pl.

 

 

Zaksięgowani - okładka

 

Felieton Cezarego Zbierzchowskiego o polskim horrorze

Recenzja autorstwa Jacka Gibla

 

Jakub Małecki, Zaksięgowani

Seria: Fantastyka z plusem

Wydawca: Powergraph

ISBN: 978-83-61187-14-1

Data wydania: październik 2009

 

 


Fragmenty:

 

Za godzinę powinna tu być

 

Na inne nie licz Niebo, ani na inne Piekło.
Jorge Luis Borges, Chwila

 

Przemek już od dawna nie pachniał pięknie, ale teraz unosiło się nad nim coś kwaśnego. Boże, przyszło mi na myśl, że on już całkiem o siebie nie dba i na niczym mu nie zależy.

 

— No, synek, hop — wystękałem, biorąc go pod pachy i czując, jak odzywa się Pan Kręgosłup.

 

Tak mówiła zawsze Paulinka. Chyba nazywała go w ten sposób, żeby ośmieszyć mój ból, zlekceważyć go, wtedy chyba łatwiej. Bolało przecież coraz bardziej, promieniowało na nogę; często wstawałem w nocy i chodziłem po mieszkaniu. Kładłem się w stołowym na podłodze i opierałem stopy o meble, powodowało to chwilową ulgę. Paulinka wiedziała, słuchała tych moich nocnych wycieczek po mieszkaniu, i żeby mi trochę pomóc, nazywała go Panem Kręgosłupem.

 

Ubikacja była tak wąska, że wózek nie dojeżdżał do sedesu, klinując się przy białej nodze umywalki. Poszerzyć się nie da, zawyrokował niegdyś hydraulik o tłustych włosach, taki typowy, z papierosem wystającym z kącika ust i zielonymi ogrodniczkami, tu masz pan nośne, kuć nie można. Tak już zostanie.

 

„Tak już zostanie”.

 

— No. — Spróbowałem się uśmiechnąć, zsuwając Przemkowi spodnie i majtki. Majtki, które zawsze kupowała mu Paulinka, mimo że miał już dwadzieścia trzy lata. Przesłonięty kępą czarnych włosów członek wyglądał jakby właśnie ktoś wyjął go z talerza flaków i wsadził mu w majtki. Poczułem, że zaraz zwymiotuję. Na obiad jedliśmy dzisiaj flaczki.

 

Wyszedłem szybko i zapaliłem w kuchni. Dym wciągałem głęboko, długo zatrzymywałem w płucach. Włączyłem radio i usiadłem, spoglądając na zdjęcie, stojące na zakurzonej półeczce. To był sylwester, rok temu. Pamiętam, że Pan Kręgosłup dawał mi wtedy popalić, oj tak, nawet tańczyć mi się nie chciało, a pić nie mogłem przez leki. Wyciągnęli mnie na parkiet po dwunastej i jakoś szło. Zdjęcie robił szwagier.

 

Paulinka teatralnie przegięła się w tańcu do tyłu, złotawy szal spływał jej z piegowatych ramion, suknia błyszczała. Fryzurę miała taką jak zwykle, pasemka, tyle że usztywnioną, i brokat na tym wszystkim. Ładnie wyglądała.

 

— Już.

 

Jedno słowo, bardziej wystękane niż wypowiedziane. Zgasiłem papierosa na talerzu po flakach i ruszyłem przez przedpokój.

 

Ciężko jest tak starać się nie patrzeć na syna. Udawałem, że spoglądam w podłogę, wzrok myszkował po ścianach, wbijał się w punkt na umywalce, a przecież wiedział; wiedział, że to wszystko sztuczne.

 

Miał rzadki zarost, więc wyglądał teraz dziwnie – ta broda przypominała siano albo długie szpilki do akupunktury, które wbijają człowiekowi w ciało. Ale wiedziałem, że nawet taka akupunktura wbita w brodę mojego syna nie przywróciłaby mu zdrowia.

 

Miał włosy „na słoneczko”, tak mówiła Paulinka. Bo mu sterczały na wszystkie strony po prostu, dlatego obcinał się zawsze na krótko. Znaczy, ja go obcinałem.

 

Pomiażdżone wargi, wybity ząb i wielki siniec na policzku.

 

Ręce na temblakach oparł na kolanach, które wyglądały, jakby przedzielały nogi na dwie części: u góry śnieżnobiałe uda, z włoskami wytartymi jeszcze przez dżinsy, u dołu sine piszczele i łydki. Bili go po tych łydkach kijami, tak mówił. Kijami bejsbolowymi.

 

Nachyliłem się nad nim, uniosłem znowu, a Przemek pomagał, chwytając się umywalki. Zacisnął na niej palce, ale zsunęły mu się po wilgotnej krawędzi, nawet pomóc mi nie mógł. Pan Kręgosłup wiercił w plecach. Darł się tam, krzyczał, zawadzał o wszystko to, co boli w człowieku najbardziej, tak przynajmniej czułem. Jakby robił to cholernik specjalnie.

 

Złapałem Przemka tak, jakbym chciał mu spuścić lanie, oparłem o kolano, sam przylgnąłem biodrem do umywalki. Sięgnąłem po papier, urwałem kawałek i złożyłem na dwoje. Kiedy zacząłem go podcierać, Przemek się rozpłakał. To potworne, słuchać tak, jak syn płacze, jak dwudziestotrzyletni chłopak chlipie, kiedy wycierasz mu tyłek.

 

***

 

Położyłem Przemusia w łóżku, pod plecy wsadziłem grubą poduszkę, trochę już wytartą, taką z kory, Paulinka kupowała te pościele u nas na dworcu, tam ponoć najlepsze były i najtańsze.

 

Obok ułożyłem pilota, tego z oderwaną klapką, przez co baterie często wypadały. Leżał obok Przemka, gotowy, by ktoś go chwycił i pstrykał do woli, przełączając kolejne stacje. Leżał tak wzdłuż ciała Przemka, choć wiadomo, że z dwoma złamanymi rękami raczej po kanałach nie poskaczesz. Wiedziałem jednak, że on czuje się lepiej, kiedy tego pilota ma obok. To tak, jakby za chwilę mógł go chwycić w rękę, jakby mógł przerzucić parę stacji, zatrzymać się na tych jego ulubionych teledyskach, popatrzyć na wygięte dziewczyny, i jakby mógł zaraz wyskoczyć z łóżka, ubrać się i pójść na miasto. Tak czułem, wydawało mi się, że tego właśnie chce, żeby ten pilot koło niego leżał. Mimo wszystko. Bo przecież Przemuś wie doskonale, że nigdy już nie wyskoczy z łóżka i nigdy „nie pójdzie na miasto”. Na miasto to on najwyżej będzie mógł pojechać, pod warunkiem, że zniosę mu na dół wózek, a później jego samego. Z trzeciego piętra przecież sam nie zjedzie.

 

 

 

Pocałunek Białego Chłopca

 

Biały Chłopiec sunie po ogromnej płaszczyźnie. Kuca, przytrzymując deskorolkę dłonią. Drugą rękę zaciska na nadgarstku Zosi, klęczącej tuż za nim, wtulonej w biały garnitur. Powietrze przesycone jest zapachem naftaliny.

 

A dookoła cuda.

 

Pod seledynowym niebem wiszą ciężkie chmury, utkane z tulipanów we wszystkich kolorach, nawet takich, o których istnieniu nie miała pojęcia. Co chwilę z tych cudownych kolosów odrywa się pojedynczy płatek i powoli opada w ciepłym powietrzu. Jeden taki maleńki szybowiec, żółty i śliczny, ląduje na ramieniu dziewczynki. Zosia uważa, żeby nie spaść z deskorolki, wczepia się w Białego Chłopca i ze śmiechem podnosi płatek.

 

W oddali majaczy coś wielkiego niczym blok mieszkalny. Zbliżają się szybko, a wiatr rozwiewa włosy Zosi, tworząc z nich długą, jasną smugę. Kiedy są już blisko, Zosia dostrzega, że to jednak nie blok. Przed nimi, w wielgachnym bujanym fotelu, siedzi ogromna mrówka, pokryta różowym futerkiem. Nosi okulary o grubych szkłach, a w odnóżach trzyma niezliczone ilości drutów, którymi tka wszystko, co znajduje się dokoła. Ze stalowych igieł spływają tysiące grubych nici, wnikających w gładką podłogę, która wygląda jak trawa przykryta szybą, w drzewa i cicho szemrzący strumyk. Nad strumykiem pasą się niebiesko-żółte zebry.

 

Kilkaset nici łączy się z cienkimi gałązkami drzewa rosnącego nieopodal strumyka. Po jego grubym pniu biegają małe puchate kotki, ganiające się z radosnym miauczeniem. Korona drzewa zrobiona jest z makaronu, a wszystko polane zostało truskawkowym sosem z olbrzymimi kawałkami białych bananów. Promienie słońca odbijają się z blaskiem od gęstej i słodkiej mazi. To jej ulubiona potrawa. Zosia jest urzeczona.

 

Nagle, na włochatych, cienkich jak patyki nogach wychodzi zza drzewa niemodny telefon, aby minąć ich bez słowa i w zamyśleniu skierować się w stronę pomarańczowego słońca, wiszącego wysoko nad horyzontem. Zatrzymują się. Telefon nagle dzwoni, jedna z włochatych nóg podnosi słuchawkę z własnej głowy, rozmawia z kimś cicho i odwraca się do dziewczynki. Ciemna czwórka i ósemka na cyferblacie spoglądają z zaciekawieniem, po chwili Telefon pyta uprzejmym głosem:

 

— Zosia?

 

Potwierdza skinieniem głowy.

 

— To do ciebie, Zosiu — mówi Telefon, podając nogą słuchawkę.


***


Zosia podnosi słuchawkę, a z głośnika dobiega klekoczący śmiech.

 

— Ale numer — zaśmiewa się ktoś do rozpuku. — Normalnie nie wierzę. Zosia tutaj? Ależ cudownie!

 

— Halo? Kim pan jest?

 

— Jaki pan? Jaki pan?! No, już ja ci dam pana! Kierownica jestem. Stara Kierownica! Witamy w Świecie Naftaliny! Powiedz proszę Białemu Chłopcu, że wszyscy tu bardzo się cieszymy z twojego przyjazdu. Zapraszamy częściej! No musisz przecież zobaczyć wszystkie atrakcje, a wierz mi, jest ich wiele! Niestety, muszę już kończyć. Sama rozumiesz, Zosiu, obowiązki. Obowiązki! Do zobaczenia zatem, jestem dobrej myśli!

 

Telefon z szerokim uśmiechem odbiera słuchawkę i odwiesza ją sobie na głowę, po czym bez słowa znika za szerokim pniem. Jedna z niebiesko-żółtych zebr podchodzi do nich, kładzie głowę na kolanach Zosi.

 

— Pięknie tu, prawda, Zosiu? — pyta Biały Chłopiec.

 

Głaszcząc zebrę po grzywie, dziewczynka otwiera usta w wyrazie niemego zachwytu, żaden dźwięk nie wydobywa się z jej gardła. Nie potrafi nazwać tego, co widzi. Wie tylko jedno: bardzo, bardzo chciałaby tu zostać. Nawet bez mamusi.

 

Biały Chłopiec kuca przed nią i pyta:

 

— Czy chciałabyś odwiedzać to miejsce częściej?

 

Zosia kiwa głową – tak, oczywiście, chciałaby!

 

— Chyba będziesz mogła, ale pod jednym warunkiem.

 

Zosia unosi wzrok, zaciekawiona patrzy w czarne oczy Chłopca. Ten pochyla się i szepcze jej na ucho.

 

— Mam pocałować takie bzydkie, brudne coś? — pyta, zaskoczona tak niską ceną. — Takie coś, co lezy na ziemi?

 

Biały Chłopiec kiwa głową.

 

— Tak, Zosiu, właśnie to masz zrobić. Wtedy będę mógł zabierać cię tu częściej. Może nawet bardzo często. Ale teraz czas na nas, Zosiu. Następnym razem pokażę ci więcej.

 

Kiedy sunąc w stronę pokoju Zosi, znikają za horyzontem, Telefon ociera pot z cyferblatu, drzewo zrzuca z siebie makaron, a ogromna mrówka odkłada druty i wygina gębę w straszliwym grymasie.