Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe – Robert M. Wegner (Powergraph)
Topór i skała - oto skarby Północy. Wiedzą o tym nieustraszeni żołnierze Szóstej Kompanii, górskiego oddziału strzegącego północnych granic Imperium Meekhańskiego. A jeśli istnieją starcia nie do wygrania? Jedyne, na co może wtedy liczyć Górska Straż to honor górali.
Miecz i żar - tylko tyle pozostało zamaskowanemu wojownikowi z pustynnego Południa. Kiedyś, zgodnie ze zwyczajem, zasłaniał twarz, by nikt nie wykradł mu duszy. Dziś nie ma już duszy, którą mógłby chronić. Czy z bogami można walczyć za pomocą mieczy? Tak, jeśli jesteś Issarem i nie masz nic do stracenia.
Opowieści z Meekhańskiego pogranicza to książka o Wojnach Bogów i wojnach ludzi. Poznaj plemiona, które trwają na pustyni od 3500 lat, Aspektowaną Moc, którą można okiełznać żywioły i ludzi, którym, gdy wszystko zawodzi, zostaje jeszcze miecz i topór w dłoni, a w sercu duma, honor i wytrwałość.

Robert M. Wegner, Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe
Seria: Fantastyka z plusem
Wydawca: Powergraph
ISBN: 978-83-61187-08-0
Data wydania: 17 czerwca 2009
Fragment:
Kapitan po prostu skinął głową.
– Będziecie bronić wejścia?
Pułkownik wymienił spojrzenie ze swoimi oficerami.
– A potrzebne wam koła od wozów? – zapytał.
Meekhańska piechota słynęła z dwóch rzeczy. Z nieustępliwości w natarciu i z tego, że potrafiła stawiać szańce nawet na środku morza. Techniki budowania okopów, wałów obronnych, palisad, umiejętność tworzenia linii obronnych w szczerym polu, przy pomocy łopat i siekierek, żołnierze ćwiczyli na równi z posługiwaniem się mieczem, tarczą i włócznią. Stare powiedzenie mówiło, że jeśli dać Meekhańczykom trzy godziny, zbudują okop, lecz jeśli będą mieli trzy dni, postawią twierdzę.
Tu sprawę ułatwili uchodźcy. Setki wozów stało już w pobliżu wejścia do doliny. Pułkownik wysłał tam natychmiast żołnierzy, którzy zaczęli wybierać najlepsze z nich do obrony. W pierwszej linii miały stanąć najcięższe, najczęściej kupieckie, z solidnymi burtami i dnami. Gdy tylko wybrane trzydzieści wozów utworzyło półokrąg na zewnątrz wejścia, z jedną tylko szczeliną, przez którą wciąż przepuszczano uciekinierów, w ruch poszły łopaty. Pod każdym kołem wykopano dół, po czym wpuszczono je aż do połowy szprych w ziemię. Przed linią obrony błyskawicznie powstał rów, a wykopana ziemia trafiła pod wozy, uniemożliwiając prześlizgnięcie się pod spodem. Wszystkie pojazdy powiązano ze sobą łańcuchami i sznurami, długie deski zdjęte z innych wozów służyły do zamknięcia przejść pomiędzy nimi i podniesienia burt. Co kilka kroków montowano na wozach daszki, mające osłaniać żołnierzy przed spadającymi z góry pociskami. Wzdłuż całego szańca stukały młoty, łopaty gryzły ziemię. Varhenn patrząc, jak żołnierze wyłamują dyszle z reszty pojazdów, ostrzą je i wbijają przed linią obrony, gotów był uwierzyć w te trzy dni i twierdzę.
Pytanie o koła nie było bynajmniej retoryczne. Z wozów, które i tak miały spłonąć, zdejmowano koła, ściągano obręcze i ostrzono szprychy. Później wbijano koło w ziemię na sztorc. Cztery lub pięć takich wystających z ziemi drewnianych ostrzy mogło spowolnić każdy atak.
W odległości do stu jardów od linii obrony poruszało się kilkudziesięciu żołnierzy, wyposażonych w szerokie świdry. Zrobienie otworu o głębokości dwóch stóp i szerokości dziesięciu cali zajmowało każdemu niespełna dwie minuty.
Czarny kapitan patrzył w milczeniu na całą tę pracę.
– Słyszałem, że każdego piechociarza, u którego znajdą taki świder, koczownicy żywcem obdzierają ze skóry. Ale też chodzą słuchy, że wystarczy, żeby przed bitwą kilkudziesięciu żołnierzy przeszło się z takim sprzętem przed naszymi liniami, a nie odważają się szarżować. Konie łamią nogi. Parszywa rzecz, taki dół.
– Równie parszywa jak strzała w brzuchu?
Oficer nie obejrzał się na czarodzieja.
– O to trzeba by zapytać konie, mistrzu. Daleko są?
– Dziesięć mil. Trochę zwolnili. Ale luźne a’keery są bliżej. Cztery, pięć mil. Tyle wiem.
– Nie próbują nas oszukać?
– Jeszcze nie wiedzą, że tu jestem. Ja tylko nasłuchuję, nie krzyczę i nie błyskam mocą. – Czarodziej uśmiechnął się samymi wargami. – Prawda wygląda tak, że nie odważę się tego zrobić. Ich szamani są wyjątkowo potężni. Ale nawet oni nie wyczują mnie, dopóki sam nie zacznę rzucać zaklęć. Jest tu kilku takich, którzy trochę korzystają z mocy, poza tym tak wielkie skupisko podenerwowanych i przestraszonych ludzi zawsze wprowadza zamęt w aspektowane źródła. Zresztą, po co mieliby się ukrywać? Ze szczytu Łysicy na pewno już widać większość zagonu, maskowanie się przy pomocy magii to marnotrawstwo sił. I tak są pewni, że wejdą do doliny przy pierwszym ataku i będą tylko zbierać łupy.
Varhenn otworzył usta, zanim zdążył się zastanowić.
– Skąd wiecie, mistrzu, że są pewni?
– Bo śpiewają.
Drugi fragment:
(Południe, Pocałunek skorpiona)
– Powiedz mi więc – kontynuowała – czy jesteś tym, czego szukam? Słyszysz, dlaczego potraktowałeś tego mężczyznę w taki sposób? Słyszysz…
...brzęk i ciszę. I w tej ciszy rodzi się powolne wycie, dziwaczne, charczące, bulgotliwe. Stoi na placu, patrząc na sekundantów przeciwnika, tylko na nich, bo Saworeh klęczy nieco z boku, z ręką złamaną w przynajmniej dwóch miejscach, ze strzaskanym prawym kolanem i gardłem opuchniętym od uderzenia głowicą miecza. Yatech porusza mieczem, którego klinga lekko opiera się o krocze mężczyzny, i wycie milknie.
Cisza ponownie wypełnia przestrzeń i nagle słyszy coś, co musi być pomrukiem uznania. Meekhańczycy, kupcy, kilku żołnierzy, szlachta, patrzą na niego, czuje te spojrzenia, ale bez wrogości. W tym są podobni do jego plemienia, cenią sobie dobrych szermierzy, a przedstawiciel barona nie ma tu zbyt wielu przyjaciół. No i sposób, w jaki rozpoczął pojedynek, obrzucając go i Aerina stekiem wyzwisk, nie przysłużył mu się za bardzo. Jego główny sekundant podnosi rękę i upuszcza na ziemię drewnianą pałeczkę. Pojedynek jest skończony. Aerin patrzy na niego z uśmiechem i mówi:
– Powiedz mi...
...dlaczego? Dlaczego używałeś tylko grzbietu klingi, tępej strony? Dlaczego upokorzyłeś go tak, że musiał wyjechać z miasta? Kulejący, z niesprawną ręką? Słyszałeś, że w drodze do Makallen ktoś na niego napadł i poderżnął mu gardło?
Dziewczyna pochyliła się nad Yatechem i delikatnie pogłaskała go po policzku.
– Chciałeś go upokorzyć i zniszczyć? Chciałeś od razu, przy pierwszym pojedynku, zyskać sławę kogoś, z kim nie warto krzyżować ostrzy? Przecież wiesz, że to ich nie powstrzymywało. A może chodziło o to, żeby pokazać swoją sprawność w walce? Mały skorpion, szczycący się swoimi szczypcami i jadowym kolcem. Co? Jak to z tobą było?
Milczał.
No właśnie, jak to z nim było?
– Muszę wiedzieć – nie ustępowała. – Musze mieć pewność. Nie mogę źle wybrać. Opowiedz mi jak...
...rozgrzana skała parzy, jest tak gorąca, że można by na niej smażyć jajka. Drobi po niej szybkimi krokami, ucząc się Pajęczego Tańca, techniki polegającej na byciu w ciągłym ruchu, zmianach kierunku i szybkości poruszania, ciągłych zmianach tempa. Mistrz związał mu stopy w kostkach łokciowym sznurkiem, kroki z konieczności są małe, krótkie. Nie może się zatrzymać, nie może stanąć dla zaczerpnięcia oddechu, bo usłyszy skwierczenie własnej skóry. Tańczy szybko, w rytm melodii wygrywanej na małym bębenku, drewnianym pudełku obciągniętym kozią skórą. Szatę ma przesiąkniętą potem, pot leje mu się po twarzy i zalewa oczy, sznurek otarł już kostki do krwi i każdy krok znaczy czerwienią. Ale tańczy. Miecze ciągle ma na plecach, ich ciężar z każdą chwilą jest większy, skórzane uprzęże wbijają się w ramiona. To nic, tańczy. Rytm jest coraz szybszy, coraz bardziej zmienny, nadążanie za nim staje się niemal niemożliwe. Ale nadąża.
Mistrz ma zaciętą, gniewną twarz. Dziś po raz pierwszy Yatech pokonał w walce trzech chłopaków, którzy pobierali nauki o wiele dłużej niż on. To zła wiadomość dla ich nauczyciela walki, rodziny tych chłopców nie będą zadowolone. Ten młokos wymaga nauczki, mówi mina mistrza, trzeba mu pokazać, gdzie leży granica jego możliwości, musi wiedzieć, że nie należy upokarzać współplemieńców, nie należy rozbrajać ich w taki sposób, jakby byli małymi dziećmi. Pajęczy Taniec złamał już niejednego.
Yatech tańczy.
Plac ćwiczeń jest duży, gładki i równy. Przez tysiąclecia miliony uderzeń wygładziły jego powierzchnię, wyślizgały ją niemal do połysku. Nie można się tu potknąć, nie można nadepnąć na kamyk. Można tylko zostawić kawałki własnej skóry, jeśli przestanie się tańczyć.
Przymyka oczy, pozwalając, by melodia wlała się w jego żyły. Czuje ją już całym sobą, ma wrażenie, że nawet serce wali tak szybko, jak szybko palce mistrza uderzają o kozią skórę. Wywołuje w myślach pierwszego ducha, widmowego przeciwnika uzbrojonego w ciężki pałasz i małą okrągłą tarczę. Jeśli mistrz chce prawdziwego tańca, dostanie go.
Nic w tej chwili się nie liczy. Oddech przestał z trudem przeciskać się przez wysuszone gardło, pot przestał zalewać oczy. Wyciąga miecze, płynnym, bezbłędnym ruchem, który opanowywał od lat. Klingi lśnią srebrzyście i zaczynają swój własny taniec. Zgrywa ich ruchy z rytmem kroków, z wściekłym rytmem bębenka. Mistrz nie rezygnuje, jego palce przyspieszają, muzyka zrywa się go wściekłego galopu, po chwili przechodzi w cwał. Yatech tańczy, nie pozwala, aby melodia mu umknęła, nie pozwala się jej wyprzedzić, po chwili sam zaczyna narzucać tempo, przechodzi z jednej wściekłej prędkości w następną, tym razem to bębenek usiłuje go dogonić, gubi się, zwalnia, znów rusza naprzód. Miecze kreślą skomplikowane figury, finty, półfinty, pchnięcia i ciosy, kontry i parady, i nagle Yatech słyszy, jak mistrz głęboko wciąga powietrze i niemal przestaje grać. W tańcu ostrzy, w tańcu jakim chłopak oczarowuje przestrzeń, daje się wyczuć coś więcej niż tylko zwykłe ćwiczenie. Postronny obserwator może przymknąć oczy i zobaczyć prawdziwy Pajęczy Taniec, nie serię ćwiczeń, lecz taniec z widmowymi przeciwnikami, dwoma, trzema, czterema. Walka z cieniami utkanymi z melodii, tańca i światła igrającego na zakrzywionych głowniach.
Yatech otwiera nieco szerzej oczy i patrzy na mistrza. Ten widzi jak chłopak broni się i kontruje, jak składa parady i robi uniki, i nagle wie, że przegrał, ten uczeń nie podda się, nie poprosi o koniec ćwiczeń. Będzie tańczył dopóki nie pokona wszystkich przeciwników lub dopóki nie padnie nieprzytomny na ziemię. Nie ma dla niego innej drogi. Rytm bębenka zwalnia. Co…
– ...takiego zobaczył wtedy twój mistrz? Hm? Mój mały skorpionie? A może nie, może nie skorpionie, tylko po prostu wilczku? Ale jeśli jesteś tylko wilczkiem, to tracę tu czas. Ten świat jest pełen wilczków, małych, puchatych, błyskających ząbkami wilczków, które będą dla hel’zaav tylko przystawką, przekąską. Oni są wilkami. – Ruchem głowy wskazała obóz k’k’na. – A przecież nie jestem tu bezpieczna. Potrzebuję skorpiona, który nie boi się użądlić kogokolwiek, który będzie dla mnie walczył. Wiesz, jaka jest najbardziej bzdurna legenda o skorpionach?
Pochyliła się i usłyszał jak węszy. Czuł jej ciepły oddech na twarzy, gdy obwąchiwała mu włosy, policzki i szyję. Pachniał jak mokry piach, jak pustynia zaraz po deszczu.
– Może później ci opowiem – zaszeptała głosem osypujących się ziaren piasku. – Zobaczymy. Jutro. Może. Śpij.
Zasnął.












