Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
PlanShow 17
Każdy lubi grać. Kogoś, z kimś, w coś. Tu zajmiemy się grami nieznanymi i znanymi. Grami szalonymi i na poważnie. Zawsze: inaczej.
Pionek
Gra się. Gra się w domu. Gra w knajpie. Gra u znajomych.
Co zrobić, gdy nie ma znajomych, z którymi można grać? Trzeba znaleźć. Jeśli nie – wychować, przy okazji spotkań pokazując nowe tytuły.
Nie będzie jednak o tym, jakimi grami przekonać niegrających. Nie będzie o trikach, jakie stosować, by polubili. Nie będzie o proponowanym przez mojego kolegę wciskaniu bakcyla planszówek do gardła, jeśli nie chcą przełknąć sami. Okazuje się bowiem, że wcale nie jest nas, planszówkowiczów, tak mało, jakby mogło się zdawać. Świadczą o tym lokalne kluby, coraz więcej stron internetowych i spotkań poświęconych tematowi.
Tym właśnie chciałbym się podzielić – subiektywnym spojrzeniem na najstarsze tego typu spotkania: gliwickie Pionki.
Ignacego Trzewiczka można lubić lub nie (takich nie znam), można cenić lub nie (co dziwne), ale nie znać się nie da. Nie tylko dlatego, że stworzył potęgę, jaką jest Machina (czytaj: „Z mojej półki”), nie tylko jako autora, wydawcę, legendę RPG, felietonistę i recenzenta „Świata Gier Planszowych”. To on właśnie stoi za Pionkiem, jest machiną koordynującą przygotowania, podstawowym załatwiaczem, a podczas samej imprezy – jej głównym animatorem.
Pierwszym skojarzeniem, które pojawia się przy słowie: Pionek, jest zatem Ignacy. Nie znaczy to tylko, że widzę tę wysoką, chudą sylwetkę, pociągłą twarz przyozdobioną okularami na wydatnym nosie. To przede wszystkim wiele gier, które dzięki niemu odkryłem, to kultowe wręcz tłumaczenia.
Taki właśnie jest Pionek.
Mamy forum, poświęcone grom planszowym (http://gry-planszowe.pl/forum). Na Pionku mogłem poznać tych ludzi. Pamiętam pierwszy raz, gdy przyjechaliśmy na Pionka z przyjacielem i żonami. Sala była jeszcze wtedy mała, spotkania odbywały się wśród krewnych i znajomych. Wydawało się, że nie znam nikogo, że będziemy grać w swoim towarzystwie, że... Właściwie, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Już od wejścia: Ignacy. Już stosy gier, już opowiada, już prowadzi, już sadza. Już pokazuje. Siadamy przy stoliku, obok gość z wydatną, skudłaconą fryzurą, brodą i tym jedynym, specyficznym wyrazem twarzy. Tak poznałem WC, który tłumaczył nam grę, gdyż Ignacego jak zwykle gdzieś poniosło. Papieros i okazuje się, że obok stoi gość, z którym wykłócałem się na forum wielokroć.
Teraz Pionek nie zaczyna się od grania. Właściwie, granie pozostawiam na sam koniec listy priorytetów. Tu ważne jest, by usłyszeć: „Ja Wisła, ja Wisła, Grab, jak mnie słyszysz?” w wykonaniu Wojtka, wspomnianego w poprzednim numerze. „Witamy Kraków” – krzyczane przez całą salę przez Ignacego. Zobaczenie Goora, obowiązkowego na akredytacji, z setkami historyjek, pomysłów, propozycji gier. To Korzeń w bibliotece z grami. Al, od którego na pewno kupię jakąś grę. Skarbnica wiedzy o grach MST z nieodłącznym Mateuszem.
Gwar Sali. Tu się gra, słychać standardowy rytm We will rock you – znów ktoś gra w Palce w pralce. Krzyczą, znaczy Pit lub Futbol Ligretto. Wyje Electro Shock. Tu ktoś szuka partnerów do grania, tam ktoś prosi o tłumaczenie, tu szuka wolnego stolika. W tej atmosferze trzeba się zagubić. Trzeba sobie pozwolić na psychiczny odpoczynek. Trzeba w kąt rzucić planami i po prostu chłonąć.
Oczywiście, robię sobie plany przed Pionkiem. Zakładam, w co zagram, umawiam się na partie, wyszukuję tytuły, które chcę sprawdzić lub przynajmniej zobaczyć w akcji.
A potem pojawiam się na Sali, Goor wciska mi w rękę malutkie pudełeczko Polowania na robale (grałem w wersję niemiecką) i tak wsiąkam na najbliższe trzy godziny, choć Heckmeck im Brauwurtmet kojarzy mi się z czarną magią.
Na każdym Pionku jest taki stolik, który od razu, na samym początku mnie interesuje. Jest takie miejsce, które przyciąga od samego początku CZYMŚ. Wiem, że do niego trafię, wiem, że mnie interesuje, wiem, że wreszcie zasiądę do grania. Tak było z Witchcraftem w wersji ogromnej, tak z Loopin’ Louie – grą dla dzieci, przy której średnia wieku gracza wynosiła jakieś 25 lat, (a trzeba wziąć pod uwagę, że stół okupywały również dzieci w wieku kilku lat). Tak zainteresowały mnie Tumbling Dices, gdzie zamiast rzucać kostką – pstryka się nią.
Ważnym elementem każdego Pionka są konkursy. Standardowo startujemy w konkursie wiedzy o grach planszowych, ciekawi co tym razem wymyśli WC, a tu przyznać trzeba, że wyobraźnia mu się nie wyczerpuje. Standardowo nie wychodzimy poza eliminacje, zawsze wygrani moralnie, bo jedni z pierwszych, którzy odpadli. Standardowo startuję w turnieju Pitchcara i ostatnio musiałem zapytać o zasady gry, bo nigdy nie grałem w turnieju.
Wszystko dzieje się za szybko. Ni stąd ni zowąd robi się 20:00, a to oznacza, że wychodzimy, choć granie bynajmniej się nie kończy. Zwykle lądujemy w jakiejś przytulnej knajpce, pijemy piwo, rozmawiając o grach, gramy, dyskutujemy. Potem jeszcze hotel, w którym śpi większość przyjezdnych, w związku z czym – Pionek kończy się nad ranem.
Dobrze, że jest dwudniowy.
Skąd ten tekst? Pionek był w czerwcu. Nie jest już niestety co trzy miesiące, odbywa się raz na pół roku. Fani nie odpuścili, więc co pomiędzy Pionkami odbywa się MiędzyPionek – powrót do korzeni – samo granie, bez konkursów, bazy noclegowej itp.
Nie byłem. Opuściłem dwie edycje i chyba z tej tęsknoty ten tekst. Bo czasu, nawet na granie, coraz mniej.
Andrzej Świech












