Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Poczta – fragment felietonu ze zbioru „Galeria dla dorosłych” (Fabryka Słów)
Tomasz J.M. (Żabcia...):
Tomaszu, nie do Ciebie należy ocena, czy jesteś grafomanem; werdykt pozostaw innym, jeśli zaś z góry wiesz swoje, to pisania zaprzestań. Żabcia... jest milutkim, a zarazem błahym opowiadankiem, które w każdej chwili można by wydrukować (przyłożywszy się trochę do redakcji).
Można – tylko po co? Znośnie napisanych utworów, które nie są ani porywającymi czytadłami, ani w ogóle niczym nadzwyczajnym, wychodzi spod różnych piór więcej, niż rynek może przerobić. Poza tym, w samej rzeczy, zawracasz mi głowę – skoro drukowałeś już gdzieś swoje teksty, to idź swoją literacką drogą i ustąp w Galerii miejsca innym. Tu nie chodzi o to, że – jak piszesz – pewnie nie mam cierpliwości i czasu, bo sterty papierzysk zawalają moje mieszkanie. Jakoś radzę sobie z życiem w tych stertach.
Chodzi o to, że wielu ludzi naprawdę ma do mnie sprawę; początkujący autorzy pytają, czy ich teksty nadają się do druku albo dlaczego nikt ich nie drukuje, choć wkładają w robotę całe serce. Chcieliby chociaż raz w życiu zobaczyć swoje nazwisko umieszczone nad wydrukowanym tekstem i pytają, czy takie marzenia mają szansę na realizację. A Ty, autor publikowany, zajmujesz miejsce w tej długiej kolejce, bo chcesz wiedzieć, co zrobić, żeby... no właśnie, nie wiem, żeby co? Dostać Nobla? Wstydziłbyś się trochę, naprawdę.
Dominik T. (Chrzest...):
Na poziomie zdania jest to tekst poprawny, ale narracja kuleje. Piszesz: ...zabrzmiał nowy głos, który sprawił iż Perun przestał nagle myśleć o zamienieniu Hennila-laski w Hennila-popiół, a przez jego boskie synapsy zaczęły nieodparcie płynąć myśli równie przyzwoite, jak ta na którą wpadł w zeszły wtorek, a która opierała się na idei wywiezienia wszystkich kapłanów konkurencyjnej religii (mianowicie chrześcijaństwa) na jakąś tropikalną wyspę, aby tam mogli sobie stale urządzać niedzielę palmową. W takim zdaniu żart jest nieczytelny, zresztą sprawia wrażenie wysilonego, wydumanego i wymęczonego. To taki niby-chandleryzm, ale pozbawiony zwięzłości i polotu. Może jacyś czytelnicy to lubią, ale ja się męczę, czytając tekst, w którym autor nieustannie ironizuje z krzywym, kpiącym uśmieszkiem przylepionym do gęby. Chociaż raz powiedziałby coś zwięźle. Ale nie. Nigdy nie napisze: Wacek miał ochotę kopnąć Staśka w dupę, zamiast tego będzie wywodził: Widząc Staśka, Wacek pomyślał o bułce z sałatą, która w środę wczesnym wieczorem upadła mu na podłogę (oczywiście masłem do dołu), co wyzwoliło u niego stan ducha właściwy dla tygrysa płynącego na tratwie przez Pacyfik i patrzącego na kozy Robinsona pasące się na brzegu mijanej wyspy. Ile takich rebusów-dowcipasów można łyknąć? Dwa?
Podsumowując: z językiem sobie radzisz (albo raczej radziłbyś sobie, gdyby przyszło Ci na myśl poskracać i uprościć zdania), ale przyjęta maniera prowadzenia narracji jest w Twoim wypadku nieznośna. Pratchett, na którego się powołujesz, ma jednak trochę więcej wdzięku – a i zdrowego rozsądku, bo nie szarżuje w każdym zdaniu.
Lachezis:
Opowiadanie nie jest beznadziejne. Po prostu za słabe, trzeba by sporo popracować, by zyskało formę nadającą się do druku. Widać brak wprawy w prowadzeniu narracji. Każdy, kto wszedłby do środka, wkrótce dałby się ponieść nastrojowi i sam zaśpiewałby z nieznajomymi pijakami lub zażartował z kimś bardziej trzeźwym – czy naprawdę tak, Lachezis? Czy każdy, kto wchodzi do knajpy, daje się ponieść nastrojowi i coś tam, coś tam?... To jest takie ple, ple, ple niesłużące niczemu; strzał w powietrze, bo równie dobrze mogłabyś napisać, że każdy, kto wszedł do środka, miał ochotę dać w mordę najbliższemu biesiadnikowi, wyryćkać dziewuchy służebne i obsikać ścianę albo coś. Przecież wcześniej powiadasz, że złazili się tam „zabijacy, złodzieje i hulaki”.
Czyli gospoda jak gospoda, nie pokazałaś niczego, co kazałoby mi uwierzyć, że ta akurat knajpa zsyła na przybysza błogo-ckliwy nastrój, każdy tam każdego pragnie objąć i pocałować w ryjek. Budując nastrój, tło dla jakiegoś zdarzenia, warto oprzeć się na konkrecie. Można napisać, powiedzmy: Nie istniała druga gospoda, w której wielki kominek dawałby tyle ciepła; każdy przybysz od razu zbliżał się doń i grzał ręce, wyciągając je ku płomieniom nad głowami siedzących w krąg ludzi... – widzisz, tutaj mamy konkret, wiadomo, dlaczego gospoda jest wyjątkowa, teraz można autorowi uwierzyć albo nie. Natomiast gołosłowne zapewnienie, że każdy chciałby tam zaraz coś robić, bo tak chce autor... Rozumiesz, o co mi chodzi? Takich rzeczy jest w Twoim tekście sporo.
Niemniej – powtórzę – to nie jest dzieło katastrofalne.
Brakuje Ci wprawy, ale próbuj dalej.
Feliks W. Kres
Feliks W. Kres, Galeria dla dorosłych
Fabryka Słów, 2010
ISBN: 978-83-7574-142-1












