Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
„Lost” – nowa era seriali
Oczy fanów zostały już zamknięte. Po sześciu latach wspólnej przygody, ekipa serialu ABC Lost: Zagubieni zakończyła pracę. To okazja do pewnych podsumowań, do krótkiej analizy tego zjawiska. Bo że Lost było (czy może dalej – jest) zjawiskiem, nie trzeba nikogo przekonywać.
Zaczęło się od człowieka, który zaryzykował własną posadę, aby powstał pilot. Rekordowa suma dziesięciu milionów dolarów, jaką przeznaczyła amerykańska stacja telewizyjna na ten cel, tak przeraziła władze firmy, iż uznały one za stosowne pozbyć się odpowiedzialnej za to osoby. Jak się okazało – w ostatecznym rozrachunku zyski znacznie przekroczyły oczekiwania producentów. Choć przedsięwzięcie od pierwszej do ostatniej chwili było drogie, z pewnością było najlepszą inwestycją serialową w historii. Tym bardziej że rozsławiło ABC, a Lost jeszcze długo będzie działał na korzyść stacji. Będzie także oddziaływał na rynek seriali w ogóle, bo ustalił trend tworzenia kolejnych dzieł telewizyjnych. Widać to po licznych produkcjach, które nastąpiły po nim – po Heroes, Doktorze House, Flashforward, Prison Break, a nawet Kompanii Braci. Dziś robi się seriale z pompą, przy dużym nakładzie środków. Jednocześnie śmiało opowiada się w nich nawet najbardziej zagmatwane historie – nowatorstwo scenariusza jest nareszcie w cenie. Także na niwie aktorskiej sporo się zmieniło – coraz lepsi chcą grać w tego typu produkcjach. Nie ma już ludzi z przypadku. Seriale stały się poważną konkurencją dla pełnometrażowych filmów. Dalej oczywiście pełnią funkcję wypełniaczy czasu, aczkolwiek już nie jest to ich jedyna rola.
Popularność Lost śmiało można porównać do popularności Star Treka, czy Twin Peaks. Z obu tych seriali wzięto zresztą bardzo dużo. Carlton Cuse, Damon Lindelof, a nawet J.J. Abrams z pewnością wzorowali się na dziele Davida Lyncha, tworząc bohaterów i relacje między nimi. Atmosfera nieustającego zagrożenia oraz tajemnicy – to kolejna cecha wspólna. Wielopiętrowe intrygi i niezwykłe rozwiązania fabularne, także te balansujące na granicy kiczu i nieprawdopodobieństwa – to następne. Tak Twin Peaks, jak i Lost, rozpoczynały się od trzęsienia ziemi – Lynch oraz Frost wprowadzali widzów w klimat poprzez wypływające z wody ciało Laury Palmer, zaś Abrams postawił na katastrofę samolotu. Do Star Treka nawiązywano najczęściej w wątkach fantastyczno-naukowych, choć nie w sposób oczywisty. Ojciec Zagubionych, J.J. Abrams, zresztą maczał palce w najnowszym filmie z serii. Wykorzystał w nim ten sam motyw, który był obecny w jego serialu – zabawy z czasem.
Lost to przede wszystkim pokrętna historia – pełna zagadek i pytań, niekoniecznie odpowiedzi. A jeśli nawet i odpowiedzi, to nie do końca właściwych, często za to niejasnych i niepełnych. Daje to możliwość interpretacji, sięgnięcia do drugiego oraz trzeciego dna. Przez sześć lat fani snuli teorie na temat liczb, stacji badawczych Dharmy, na temat samej wyspy oraz tajemniczego Człowieka W Czerni. Każdy chciał wiedzieć, co się tak naprawdę dzieje oraz co stanie się zaraz? Obok, w tle, pojawiały się pytania etyczne – ile można poświęcić, aby odzyskać utracone życie? Ile trzeba stracić, żeby nie tracić już nic więcej? Oraz – czy warto wracać? Paradoksalnie – te niewypowiedziane wprost pytania są właśnie najważniejsze. Nie to, czy Inni są wrogami, czy wyspa jest korkiem, czyśćcem, czy piekłem. Także nie to, kim jest Jacob albo Czarny Dym. Wreszcie nieistotne jest, czy liczby ściągnęły Hurleya na wyspę lub czy Aaron jest wyjątkowy. Albo – moje ulubione pytanie – czy ptak naprawdę krzyczał „Hugo!”. To są tajemnice, których rozwiązanie nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Każda odpowiedź na każde pytanie niesie rozczarowanie. Najmniej rozczarowujący jest brak odpowiedzi – zrozumieli to twórcy Zagubionych, dlatego nie wyjaśniali wszystkiego na siłę. Chodziło o opowiedzenie historii, którą każdy będzie mógł zinterpretować na swój sposób.
Oczywiście zdawali oni sobie sprawę z tego, iż fani odsądzą ich od czci i wiary. Tak też się stało – na ostatnim sezonie (zdecydowanie najlepszym ze wszystkich) większość widzów wieszała psy. Gdzieś w jego połowie do miłośników historii rozbitków dotarło, że nie będzie im dane zrozumieć wszystkiego. Zareagowali złością. Pomimo tego scenarzyści nie zmienili swoich zamierzeń – do samego końca prowadzili opowieść właściwym jej torem, wyśmienicie spinając początek z końcem. Stworzyli doskonałe klamry – w aspekcie formy Lost jest mistrzostwem świata i, jak sądzę, przebija pod tym względem wszystkie dotychczas zrealizowane seriale. Twórcy postawili zadowolenie swoich miłośników przeciwko walorom artystycznym. Wygrała sztuka. Tak jest – nie bójmy się tego słowa. Możemy to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, ponieważ opinie nie kłamią – niezadowoleni są ci widzowie, którzy chcieli mieć wszystko podane na tacy. Usatysfakcjonowani natomiast ci nieliczni, którzy po prostu pokochali metaforykę oraz symbolikę Zagubionych.
Nieuzasadnione pretensje, z jakimi można się zetknąć czytając opinie oraz recenzje, dotyczą także porzucenia wątku technologicznego, związanego ze stacjami badawczymi Dharmy, z bunkrem, magnetyzmem oraz liczbami. Wiara w racjonalne wytłumaczenie wydarzeń na wyspie była wśród widzów silna. Gdy więc wreszcie zaczęto kłaść akcent na metafizykę, oglądalność spadła diametralnie. Ludzie przestali łudzić się, że zrozumieją coś bez wysiłku. Dlatego porzucili serial, zanim ten naprawdę ujawnił swoją naturę. Komplikacja scenariusza stała się wymówką dla lenistwa. Oczywiście nie u wszystkich, niektórzy naprawdę mogli poczuć zmęczenie i uwierzyć, że to wszystko prowadzi donikąd. Bo w pewnym momencie serial zaczął dryfować wokół dość niespodziewanych wątków, a w czwartym sezonie właściwie odświeżono kadrę aktorską, dodając do dobrze znanych postaci nowe, jak się okazało – w większości zbędne.
Ma więc Lost dwa oblicza – można pojmować go jak objawienie na skalę światową, jeśli chodzi o rynek seriali (nie było bowiem do tej pory tak tajemniczego oraz realizowanego takimi środkami i taką metodą poprzednika), a także jako rozczarowanie (poprzez dłużyzny scenariusza, nieistotność niektórych wątków oraz postaci, a także zbytnią złożoność). To jednak nie zmienia faktu, że Lost jest początkiem nowej ery. Teraz produkcje telewizyjne są wyczekiwane – jest na nie olbrzymi popyt.
Długo jednak nie będziemy mieli sensownego następcy (tak jak nie było sensownego następcy po Twin Peaks). Twórcy prześcigają się w niemożliwościach, wysiłkowym nowatorstwie, tymczasem prawda jest taka, że historia rozbitków lotu Oceanic 815 nie miała w sobie żadnych nowych elementów. Po prostu w nowatorski sposób łączyła stare – te, które przez innych zostały odłożone do lamusa.

Weźmy postacie. To zwykłe archetypy, ludzie zachowujący się w dość szablonowy i stereotypowy sposób w danych sytuacjach, ale za to ich wcześniejsze losy nadają im nowego charakteru. Daje to wrażenie złożoności. Tymczasem Jack – jedyny lekarz wśród rozbitków, a zarazem samozwańczy lider grupy – zachowuje się w podobny sposób przez wszystkie sezony. Jego zachowanie zaskakuje tylko w kilku momentach, szczególnie w poza-wyspiarskiej rzeczywistości. Na wyspie jednak jest twardym, choć rozumnym przywódcą, który dba o swoich ludzi nawet kosztem ograniczenia ich woli. Często siłą narzuca swoje decyzje, za to odda wiele, by jego „podwładnym” nie stała się krzywda. Pomaga każdemu, w każdej sytuacji, nie podejmując nadmiernego ryzyka. Jest zdeterminowany, by dowieść swoich racji i ustalić swój własny porządek. Dopiero koniec przynosi mu odkupienie. Dopiero dzięki niemu zmienia losy wyspy, zmieniając zarazem samego siebie.
Znowuż Sawyer jest zawodowym oszustem i taki też pędzi żywot. Jest butny i nie zna umiaru. Nie potrafi trzymać gęby na kłódkę, a jego czyny wynikają raczej z emocjonalności niż chłodnej kalkulacji. Jest przewidywalny w swojej nieobliczalności. W codziennych kontaktach za to wydaje się normalnym, śmiesznym facetem, nawet wtedy, gdy pokazuje oblicze łajdaka. Jest złym chłopcem, którego nie sposób nie polubić – wrażliwy macho, który uroni łzę nad grobem ukochanej, jednocześnie ściskając strzelbę. Taki ktoś jest potrzebny w każdym serialu.
Hugo to błazen – śmieszek wśród rozbitków. Rozładowuje napięcie w grupie, jest pocieszny i zabawny. Wiecznie zagubiony, wplątujący się w tarapaty z prędkością światła oraz wyplątujący się z nich za pomocą niebywałych uśmiechów losu. Sam nie poradziłby sobie w dżungli, ale i bez niego inni też by sobie nie poradzili. Wreszcie okazuje się być odpowiedzialnym człowiekiem, który wydoroślał pod wpływem cierpień, jakie go spotkały.
Serialowe kobiety to zaś – na zmianę – albo heroiny, albo słodkie, zagubione istoty. Może jedynie poza Rousseau, która jest zagubioną, ale niezbyt słodką niewiastą. Claire jest już i słodka, i zagubiona – jej wizerunek zmienia się dopiero w ostatnim sezonie (scenarzyści wyczuli, że nie można być cały czas utrzymywać jednego charakteru swoich bohaterów). Juliet za to jest niebezpieczną, choć ponętną manipulantką. Pozostaje taką właściwie do końca.
Gdyby te postacie pozbawić przeszłości – wyszłyby miernie. Jednak realizatorzy Lost wplątali tychże bohaterów w różne niezwykłe tarapaty, które ukazywane są w retrospekcjach. Niesamowite koleje losu Jacka, Kate, Sawyera, Hugo, czy Locke’a czynią z nich naprawdę interesujące osobowości.
Aczkolwiek zdecydowanie ciekawsi są mroczni bohaterowie. Najbardziej wyróżnia się dwójka Locke-Linus (grani odpowiednio przez Terry’ego O'Quinna oraz Micheala Emersona). Pierwszego można porównać do diabła, w którym to pierwiastek ludzki spowodował upadek. Jego ciekawość i bezkompromisowość, a także umiejętność stawiania właściwych pytań prowadzą do tragicznego końca. Jest właściwie jedynym z rozbitków, któremu naprawdę zależy na zgłębieniu tajemnic. Im jednak jest bliżej, tym bardziej się gubi. Nie potrafi zaprzestać poszukiwań, a gdy nie otrzymuje satysfakcjonujących odpowiedzi, obraca wniwecz wszystko, co do tej pory uzyskał, pociągając za sobą na dno każdego. Dopóki jednak jest w nim człowiek, jest też dobro. Choć brudne, swoiście pojęte, nieoczywiste. W chwili, gdy demony biorą górę, jest naprawdę szatański i przerażający. To kreacja epokowa. Mistrzowsko zagrana. Aktor zrozumiał swoją rolę i odnalazł siebie w tym wszystkim. Jest szczery i prawdziwy, a przez to jeszcze bardziej straszny.
Znowuż Benjamin Linus to urodzony kłamca i manipulator. Ogarnięty rządzą władzy, jest w stanie zrobić wszystko, by nie utracić pozycji lidera. Choć w gruncie rzeczy jest tylko pionkiem, nieustannie stara się igrać z losem i życiem. Nie ma w nim litości. Kalkuluje chłodno, a pomaga tylko wtedy, gdy widzi w tym swój interes. Jest także bezlitosnym mordercą oraz tyranem. Nie wie najważniejszego, ale umiejętnie gra nawet przed samym sobą. Załamuje się dopiero pod wpływem ostatecznego pytania – co właściwie on sam robi na wyspie? Jaka jest jego prawdziwa rola? Czy naprawdę był tylko narzędziem? I wtedy, odwrotnie niż Locke, staje się człowiekiem. Na dodatek owe człowieczeństwo wyraźnie mu ciąży, nie potrafi go znieść i nie wie, jak go „używać”. Staje się dzieckiem we mgle, które choć dalej skrycie marzy o wielkości, zdaje sobie sprawę, że jedyną wielką rzeczą, jaka może mu się przytrafić w życiu, jest żal za grzechy.
To właśnie postacie są największym atutem Lost. Można zaryzykować tezę, że serial ten opowiada o przemianach. Ci, którzy nie potrafili się zmienić – zginęli. Jak Eko, który w jednej z najlepszych scen Zagubionych wyznaje duchowi swojego zmarłego brata (fani doskonale wiedzą, kim był ów „duch”), że nie żałuje, bo też nie ma w nim grzechu. Zabijał, bo musiał, bo chciał chronić innych przed marnym losem grzeszników. Czy zatem sam był grzesznym? Ratując jednego od złego losu, samemu go przyjmując? Albo jak Charlie, który nie potrafił odgonić od siebie myśli o narkotykach. Przeznaczenie sprzyjało tym, którzy potrafili poświęcić siebie dla większego dobra. Niezależnie od tego, czy postępowali dobrze, czy źle, mają potem prawo przypomnieć sobie wszystko na nowo oraz wyruszyć w kolejną podróż. Gdzie? Na to pytanie twórcy nie chcieli odpowiedzieć, dając tylko niejasne sygnały.
Lost było olbrzymim przedsięwzięciem, w które wpompowano nieprawdopodobną ilość pieniędzy. Para jednak nie poszła w gwizdek, a promocja nie ograniczała się zaledwie do wycinków z serialu, kubków i albumów z muzyką użytą w poszczególnych odcinkach. Wokół tego telewizyjnego zjawiska wykwitła cała społeczność, której zapał skutecznie podsycali twórcy za pomocą internetowego podcastu oraz nowinek, czy też teorii puszczanych w Sieć. Niektóre z nich nie były prawdziwe, co powodowało lawinę interpretacji i domysłów.
Znamienne jest nakręcenie trzech zakończeń do trzeciego sezonu, które w „dziwny” sposób wyciekły ze stacji do Sieci. W trumnie (której widok wieńczył ów sezon) leżeli odpowiednio – Locke, Sawyer i Desmond. Innym przykładem jest kadr z jednego z odcinków – leżący na metalowym stole Jack, a obok niego nieznajoma dziewczynka, która, jak się potem okazało, była wklejona ze zdjęcia przedstawiającego kogoś z rodziny twórców. Ale gromadzenie wiernych fanów odbywało się także poprzez udostępnianie gier internetowych w przerwach pomiędzy sezonami. Dzięki nim dowiadywaliśmy się tego, co działo się poza wyspą – czym była Dharma; czym były liczby; jak szukano wraku Oceanic 815. Wypuszczono również pełnometrażowe gry komputerowe.
Wszystko z pomysłem, w sposób inteligentny i iście brawurowy. Nie miałoby to jednak sensu, gdyby serial był kiepski. Lost tymczasem bronił się sam nawet w najtrudniejszych chwilach – krótki i nie tak dobry, jak inne, czwarty sezon, choć odstraszył wielu widzów, to jednak zdołał utrzymać nieprawdopodobną widownię przed telewizorami. Statystyki spadały, ale serial dalej pozostawał ciekawy. Do samego końca miał wiernych fanów. To wynik zaskakującej mieszanki science-fiction, nauki i mistyki. Lost to jedna wielka metafora, zagadka sama w sobie – ciekawa właśnie przez swoją komplikację oraz niejasność za tym idącą.
To czyni z Zagubionych jeden z najważniejszych serialów w historii. Nie tylko historii telewizji.
Emil Strzeszewski
Lost: Zagubieni
Data premiery: 22 września 2004
Emisja: 2004-2010 (6 sezonów)
Reżyseria: J.J. Abrams, Jack Bender, Stephen Williams i inni
Scenariusz: J.J. Abrams, Damon Lindelof, Carlton Cuse i inni












