Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Spojrzenie daltonisty (3)

 

 

Zombiak – moja miłość

 

Chciałem napisać o Sherlocku Holmesie, który bardzo mi się podobał, ale wszyscy o nim już pisali, i nawet (jak słyszę, bo przecież nie czytam) niektórzy blogerzy przyczynili się do zużycia tematu, co podwójnie mnie zniechęciło. Zatem podejmuję temat Zombich, bogato w kinie reprezentowany, a „wskrzeszony” (w tym kontekście to wyrażenia nabiera dwuznaczności) filmem „Zombieland” w reżyserii Rubena Fleischera, który to obraz niedawno wszedł u nas na płytki. Muszę się przyznać, że lubię filmy o zmartwychwstałych trupach – budzi to dreszcz niepokoju u moich bliskich. Sympatię mą, zdawać by się mogło, że wygasłą jak pewien wulkan, wciąż pobudza tłum podrygujących konwulsyjnie statystów, którym odpadają części organizmu; człowiek na tle mobilnej nieporadności natychmiast czuje się baletmistrzem, mimo (nieznacznej) nadwagi. Jest w tych trupich poruszeniach nieodparty komizm podszyty tragizmem – zaryzykuję takie porównanie: przypomina mi to burleski wczesnego Chaplina, śmieszne, a przecież smutne. Zarazem dostrzegam energię, tępą, lecz niepowstrzymaną.

 

Serię zapoczątkował utalentowany debiutant George A. Romero Nocą żywych trupów w roku 1968. Film był artystycznie ascetyczny, czarno-biały, przeczył ówczesnym regułom dramaturgicznym – giną ci, co przeżyć powinni, finał jest silnie nihilistyczny: bohater, który przetrwał tytułową noc (gorączka sobotniej nocy) zostaje wzięty przez siły interwencyjne za kolejnego żywego trupa i odstrzelony. To był w ogóle temat Romera – wracał do niego kilkakrotnie, z umiarkowanym już powodzeniem; niedawno można było zaobserwować w TV jego Ziemię żywych trupów z Hopperem (cześć Jego pamięci). Innowacją jest tu ewolucja zombiaków – zaczynają myśleć, co jeszcze gorzej niż to wcześniej bywało wróży gatunkowi ludzkiemu. Po temat sięgali i inni, że wspomnę o serii Resident Evil z Jovovitch w roli prześladowczyni trupów. Nigdy nie lubiłem Jovovitch.

 

Zdawać by się mogło, że tak rabunkowa eksploatacja tematu doprowadzi do całkowitej dewaluacji wątku nieboszczyków w kinie; tak się jednak nie stało. Film, o którym tu piszę, odświeża konwencję – jest to jednak restauracja nietrwała, bo jednorazowa; kontynuacji nie należy się spodziewać. Zombieland trudno zaklasyfikować gatunkowo – oczywiście jest horrorem, rzecz jasna – jest czarną komedią, ale jest też filmem… obyczajowym, trochę o miłości, trochę o przyjaźni, nieco o przywiązaniu. Ten ostatni akcent jest nowatorski – zaskakuje w tej kompozycji najbardziej.

 

Zombieland - plakat

 

Sytuacja jest oczywista – świat opanowany przez Zombich, czwórka bohaterów (wśród nich jak zwykle wyśmienity Woody Harrelson) usiłuje przetrwać w niesprzyjających okolicznościach. Dość zabawne są reguły przetrwania sformułowane przez jednego z bohaterów – mamy tu satyrę na otyłość obywateli USA (ludzi „nadmiarowych” zombiaki dopadają natychmiast, zatem należy dbać o kondycję fizyczną); w ogóle dieta amerykańska pada ofiarą zgryźliwej ironii, bowiem do zarazy prowadzi nadużywanie hamburgerów (choroba wściekłych krów; w Nocy żywych trupów przyczyną była sonda wenusjańska; w innych produkcjach – zaraza, wirus etc.). Nadto, wbrew postulatom Korwina-Mikke (nawiasem mówiąc, nie radziłbym słuchać tego zabawnego pana w żadnej możliwej sprawie), jednak należy w autach używać pasów bezpieczeństwa. I tak dalej, i tak dalej. Krew się leje, ale jednak umiarkowanie; sceny dekapitacji żywych trupów przetykane są subtelnymi relacjami psychologicznymi bohaterów – ten dysonans wydaje mi się w obrazie Fleischera najciekawszy. W ogóle – portrety psychologiczne nacechowane są pewną logiką: kto przetrwać może w świecie absolutnej samotności, pośród gromady krwiożerczych bestii (tak się zastanawiam, czym trupy się żywią, gdy już wszyscy zostali pożarci albo przeobrażeni w zombiaki – to problem wszystkich filmów tego typu). Oczywiście samotnicy, autsajderzy, dziwolągi, niedostosowani do tak zwanego społeczeństwa. To cenne przesłanie w dobie powszechnej standaryzacji, nawet zachowań pozornie niestandardowych (bo przecież każdy chce być inny, więc wszyscy się tatuują, kolczykują i diabli wiedzą, co jeszcze czynią, by – szukając inności – spotkać się w tłumie). Jednostki nieprzystające, ale tak naprawdę nieprzystające, dogłębnie inne, są ważne. Tacy zniosą samotność, nawet tak dojmującą i absolutną, a nieufność jest im tarczą w rzeczywistości równie wrogiej. Jednym z tematów tego filmu jest jakby powtórna socjalizacja bohaterów – odnalezienie zaufania do innych, również miłości (młodzieniec pyta siostrę dziewczyny, którą kocha: „Czy twoja siostra ma chłopaka?” – czwórka ocalonych, wokół ruiny, zgliszcza i podrygujące zombiaki; konwencjonalne w każdych innych okolicznościach pytanie niesamowicie oddaje surrealizm sytuacji).

 

Strasznie podobały mi się w Zombieland dwie sceny – spontaniczne demolowanie sklepu, niszczenie szklanych przedmiotów; jest w tym – znów – prawda psychologiczna, postacie „odkorkowują” frustrację i strach; zarazem jest to scena diablo surrealna: pośród powszechnej ruiny rzeczywistości, bohaterowie dokonują swej mikrodestrukcji (to trzeba zobaczyć!). No i benefis Billa Murraya (uwielbiam faceta; pamiętacie Między słowami?), który gra w tym filmie… siebie. Jest to absolutny rekord świata autoironii i choćby tylko dla tej jednej sceny Zombieland trzeba zobaczyć.

 

Czy istnieją jakieś inne powody trwałości i nośności tematyki zombiaków, prócz tych wyżej zasygnalizowanych? Filmy o żywych trupach wydają się być metaforą i portretem ludzkości zarazem. Tłum zombich symbolizuje obcość, która jest zaraźliwa. Dlaczego postacie z tych filmów tak lękają się trupich ukąszeń (heglowskich?). Wszak staną się częścią „wspólnoty”, świadomość zagrożenia zniknie, egzystencja żywego trupa – mimo estetycznych wątpliwości – wydaje się z tego punktu widzenia wręcz atrakcyjna; ma w sobie zapewnienie stałości, poczucia bezpieczeństwa. Ale jest to przemiana groźna, ponieważ stanowi zarazem totalne zaprzeczenie naszej istoty; stajemy się kimś sobie obcym; obcość jest zaraźliwa. Tego typu filmy (Inwazja porywaczy ciał) dominowały w kinie amerykańskim w latach pięćdziesiątych, były metaforą zagrożenia komunistycznego. Ale jest to symbolika uniwersalna. Gdy widzę tłum zwolenników Rydzyka – widzę zombiaków; ja ich kompletnie nie rozumiem. Gdy oni patrzą na mnie, widzą potwora z Czarnej Laguny – używają parasolek jak miotaczy promieni, by zlikwidować zagrożenie. Oni nie chcą być mną, ja nie chcę być nimi – transmisja jest tu niemożliwa, jedynym sposobem komunikacji wzajemnej byłaby transformacja – ale tego wszyscy się lękamy. Jest w tym zatem strach egzystencjalny, lęk, że staniemy się kimś innym, sobie niepojętym.

 

Nadto są to filmy o tym, że człowiek jest istotą groźną – że tkwią w nim moce niezrozumiałe, które mogą wydobyć się na zewnątrz. A także dają w tle portret zwykłych ludzi, ludzkości – naszych zdolności przystosowawczych, które wiodą nas – paradoksalnie – ku zaprzeczeniom, ku inwersji naszego człowieczeństwa właśnie. Ratując siebie, niszczymy w sobie to, co warte jest uratowania. Jest to zatem obraz zwykle niekorzystny. I – zwykle – jakże trafny.

 

Jacek Sobota

 

reżyseria: Ruben Fleischer
scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick
USA, 2009
dystrybucja: United International Pictures Sp z o.o.