Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Okrągły kij

 

Tym razem będzie jeszcze bardziej życzeniowo niż zazwyczaj, ale tydzień temu przyszedł Nowy Rok, więc czuję się do tego uprawniony, rozgrzeszony i usprawiedliwiony. Poza tym właśnie przeczytałem dwie kolejne, naprawdę dobre książki rodzimych autorów, i mam głęboką nadzieję, że polska fantastyka coraz mocniej będzie kojarzona z lekturą ambitną, a jednocześnie dającą sporą frajdę.


Najpierw był Trzeci świat Macieja Guzka, do której to książki podszedłem z ogromną sympatią, ale bez szczególnych oczekiwań. Podobały mi się pokrzepiające serce historie z Królikarni, czytałem z przyjemnością nominowany do Zajdla Adwent, więc nie miałem nic przeciwko temu, żeby znowu miło spędzić czas. I muszę przyznać, że spotkało mnie bardzo miłe zaskoczenie, bowiem Trzeci świat wykracza daleko poza ramy literatury rozrywkowej. O czym jest, można przeczytać w wielu miejscach w sieci; mówiąc najkrócej, o świecie fantasy, w którym dobro i zło nie są wyborem mieszkańców, lecz należą do narzuconych „odgórnie” warunków bytowania. Podział, który czynimy w naszych sumieniach i sercach, ma tutaj podstawy fizyczne, polityczne i kulturowe. Jakie to rodzi implikacje, łatwo sobie wyobrazić – świat pozornie podobny do naszego jest oparty na bardzo „niepokojących” założeniach.

 

Historia opowiedziana z perspektywy reportera przechodzącego kolejne fazy wtajemniczenia, zgłębiającego rzeczywistość będącą „żywą metaforą”, jest niezwykle frapująca także na poziomie formy. Mamy oto wspomnienia podróżnika, który podsumowuje wyprawę (oraz swoje życie), przeglądając dziennikarskie trofea: nagrania, zdjęcia, drobne przedmioty, przywodzące na myśl kolejne postaci i sytuacje. Autor wprost odwołuje się do kunsztu Ryszarda Kapuścińskiego, ale od siebie dodaje ogromną lekkość opisu i duże poczucie humoru, które pozwala na postmodernistyczne gierki z polskimi realiami.

 

Trzeci świat - okładka

 

Podróż z uporządkowanej Północy na pulsujące żądzą i pierwotną siłą Południe przywodzi komentatorom na myśl Inne pieśni Jacka Dukaja. Idąc dalej, moglibyśmy wskazać powinowactwo z Czasem apokalipsy Coppoli lub nawet z Conradowskim Jądrem ciemności. Trzeci świat osadzony jest bowiem bardzo mocno w literaturze i kulturze słowa; odwołuje się do znanego fabularnego schematu. Kunszt pisarski Guzka polega na tym, że ani przez chwilę nie nudzi odbiorcy. Dyskutuje przy okazji z klasycznym światem Tolkiena i wiele razy puszcza oko, opisując Polaków bogacących się w obcym kraju. Po przeczytaniu książki Guzka odniosłem nieodparte wrażenie, że została napisana zupełnie inaczej niż Królikarnia, została napisana „na poważnie”, a akcja książki (dynamiczna, ale nie szaleńcza) oraz cała awanturnicza otoczka nie przesłaniają ważnych prawd i celnych spostrzeżeń, które autor chce przekazać czytelnikom.

 

Inna książka, po którą sięgnąłem ostatnio, to Labirynty Michała Cetnarowskiego. Redaktor, publicysta i polemiczna dusza, opublikował bogaty zbiór opowiadań, który podobnie jak Trzeci świat został napisany serio, ale w tym przypadku bez mrugania okiem do odbiorcy. Czytałem wcześniej kilka opowiadań Michała i byłem niezwykle ciekaw, jak prezentować się będzie książka złożona z tak gęstych utworów, które są nie tyle pisane, co tkane na literackich krosnach, a tu i ówdzie przeplecione złotą nicią.

 

Jeśli miałbym porównać do czegoś wrażenia z lektury Labiryntów, przytoczyłbym Sklepy cynamonowe Bruno Schulza, które czytałem już dobre dwadzieścia lat temu. Znów miałem nieodparte wrażenie, że jem samą esencję, że każdy kęs utworu to słodycz (lub częściej gorycz), którą trzeba długo smakować i rozgryzać, żeby należycie docenić jej smak. Jeśli któryś z tekstów zdarzyło mi się przeczytać zbyt szybko lub rozproszyć uwagę, natychmiast czułem, że coś mi uciekło, najczęściej na poziomie emocjonalnym. Muszę przyznać, że to wymagająca lektura w sytuacji, w której obecnie się znajduję (życie jakoś coraz mocniej mi przyspiesza). Czułem, jakbym jadł łyżeczką cynamon – Sklepy cynamonowe są bardzo na miejscu.

 

Najbardziej podobało mi się opowiadanie Idąc w cieniu wieży, które przywoływało wspomnienia z filmu Rosencrantz i Guildenstern nie żyją. Michał Cetnarowski wszedł tutaj na drogę niebezpieczną, pokusił się o stworzenie postaci alegorycznych, ale nie wpadł w grożący mu patos. Wielkie brawa! Ciekawie przedstawił też działanie mózgu androida w Nexusie, a w Ogniu na ziemi trącił moją ulubioną postapokaliptyczną strunę. Podczas lektury tekstu Biel, tylko biel (oraz kilku innych) naprawdę przemarzłem do szpiku kości. Zima, która wgryza się w ciało człowieka, mróz skuwający wszystkie uczucia, to coś w rodzaju obsesji autora; jestem pewny, że wyobraża sobie piekło jako miejsce cholernie zimne, w którym wiatr zmieszany z lodem pada na potępione dusze pod kątem czterdziestu pięciu stopni z szybkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę.

 

Jeśli więc Maćka Guzka można nazwać po lekturze Trzeciego świata ironicznym reportażystą, Michała Centarowskiego określiłbym jako fantastycznego pieśniarza i poetę. Nie wiem, czy zaskoczę kogoś tym wyznaniem, ale pierwsze podejście jest mi teraz nieco bliższe. Choć sam przesadzam pewnie z gęstością tekstu, wolę, kiedy przesłanie i emocje płyną z opisywanych wydarzeń niż z bezpośrednich relacji bohaterów. Ten drugi rodzaj prozy, bardziej liryczny i „neurotyczny” przypomina mi czasy studenckie, gdy interesowałem się współczesną poezją, eksperymentami formalnymi z „BruLionu”, i tym podobnymi rzeczami. Teraz mój środek ciężkości przesunął się nieco w stronę akcji, ale nie to jest przecież najważniejsze.

 

Labirynty - okładka

 

Chciałbym wskazać na bardzo ważną rzecz, która nasunęła mi się po lekturze obu wymienionych wyżej książek. Otóż, pozornie, leżą one na dwóch końcach fantastycznego „kija”, mamy tu rzecz rozrywkową i zbiór pełen zadumy. A przecież „kij” ten można wygiąć bez użycia wielkiej siły i nagle okazuje się, że postawienie na półce Trzeciego świata i Labiryntów obok siebie nie jest czymś absurdalnym. Oczami wyobraźni widzę wiele osób, które z przyjemnością przeczytają obie pozycje, chociaż przy lekturze drugiej będą zmuszone do nieco większego wysiłku (gdyż, jak podsumował mój znajomy, „Michał nie bierze jeńców”). Obie pozycje są bowiem adresowane do czytelnika myślącego, któremu nie wystarczą proste, banalne uzasadnienia działań bohaterów, i który szuka w przedstawionym świecie drugiego, a czasem nawet trzeciego dna.

 

W poprzednim numerze pisałem o znakomitym zbiorze opowiadań Kuby Małeckiego (Zaksięgowani) i niezłym Pawła Ciećwierza (Nekrofikcje). Teraz mam za sobą lekturę Guzka i Cetnarowskiego, a być może sięgnę wkrótce po książki kolejnych młodych, polskich autorów (Joasia Skalska, znów Kuba Małecki, Piotrek Rogoża, pewnie Paweł Paliński i Rafał Orkan) i mam nadzieję, że nie spotka mnie zawód z ich strony. Trudno nam oceniać kondycję polskiej fantastyki od środka, będąc uczestnikami zachodzących w niej procesów, ale, moim zdaniem, czuje się parcie młodych twórców w kierunku literatury inteligentnej, wykorzystującej twórczo język i scenografię.

 

Ponieważ wspomniałem o Nowym Roku, chciałbym dodać, że najbardziej oczekiwaną przeze mnie książką (oprócz własnej powieści, rzecz jasna), jest antologia SF, którą szykuje dla nas Powergraph. Naprawdę zżera mnie ciekawość, czy polscy pisarze będą w stanie zapełnić ją świeżymi wizjami, podanymi w nowatorski sposób, czy też będzie klasycznie-lemowo i nieco leniwie. Mam nadzieję, że antologię uświetni swoim udziałem Jacek Dukaj, ale inni autorzy (w tym debiutanci) będą deptać mu po piętach. Życzę wszystkim Czytelnikom, żebyśmy nominując i wybierając utwory do Zajdla i Żuławskiego za ten rok cierpieli na ból głowy z nadmiaru dobrych rzeczy, i żeby to, co ciekawe w literaturze fantastycznej, zostało dostrzeżone i należycie docenione.

 

Cezary Zbierzchowski

 

Michał Cetnarowski, Labirynty

Powergraph, 2009

ISBN: 978-83-61187-13-4

 

Maciej Guzek, Trzeci świat

Runa, 2009

ISBN: 978-83-89595-58-4