Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Do siego...

 

Mijający rok skłania do podsumowań – nie ma w tym nic oryginalnego. Spróbujmy zatem prześledzić pokrótce zeszłoroczne wydarzenia fantastyczne, może nie tyle zestawiając same tytuły, co raczej zjawiska, które stały (bądź stać by mogły) za poszczególnymi publikacjami.

 

Zanim jeszcze przejdziemy do uogólnień: pierwsze, co rzuca się w oczy na rodzimym rynku, to obfitość premierowych książek najbardziej znanych autorów polskiej fantastyki: Anny Brzezińskiej, Jacka Dukaja, Jarosława Grzędowicza, Mai Lidii Kossakowskiej, Łukasza Orbitowskiego, Andrzeja Sapkowskiego. Dodając do tego ciepło przyjęte przez fandomową krytykę i czytelników Trzeci świat Macieja Guzka, Głową w mur Rafała W. Orkana czy Opowieści z meekhańskiego pogranicza Roberta M. Wegnera, w zmaganiach o tegoroczne nagrody branżowe szykuje się prawdziwe clash of the titans. Zwłaszcza jeśli dodamy do tego ewentualne „czarne konie” – Przedksiężycowych Anny Kańtoch, mającej mocne grono wiernych czytelników, czy zwłaszcza Strukturę Michała Protasiuka, o której niżej.

 

Jeśli chodzi o książki autorów zagranicznych, to pierwsze skrzypce gra tu niezaprzeczalnie Mag, redaktor Andrzej Miszkurka i „Uczta Wyobraźni”. Uwzględniając naturalne fluktuacje „jakości” (wynikające także z subiektywnych sympatii dla poszczególnych stylistyk i tematów), w zasadzie każdy z opublikowanych w serii tytułów nie schodzi poniżej określonego, wysokiego poziomu i pokazuje, jak ciągle można pisać fantastykę. Wydarzeniem pozaśrodowiskowym była natomiast publikacja Związku żydowskich policjantów Michaela Chabona w W.A.B.-ie; tekst wcześniej zasłużenie został obsypany nagrodami za granicą. Powieść bezsprzecznie fantastyczna, wydana przez wydawnictwo głównonurtowe, to zresztą jak się wydaje zapowiedź szerszych przemian, których potwierdzeniem – bądź zaprzeczeniem – będą być może kolejne działania wydawnicze w 2010 roku.

 

Przechodząc do owych „przemian” – ciekawie brzmią zapowiedzi Jakuba Ćwieka, który w nadchodzącym roku ma wydać książkę niefantasyczną w wydawnictwie Otwartym, i który wkracza tym samym na szlak przetarty rok wcześniej przez Lukasza Śmigla i jego obyczajową Muzykologię. Drugą stroną tego samego medalu będą być może – co równie budujące – publikacje polskich tekstów fantastycznych w wydawnictwach kojarzonych z głównym nurtem: ptaszki do dłuższego czasu ćwierkają o Dżozefie Kuby Małeckiego, który wszelako nie znalazł bodaj jeszcze ostatecznego miejsca wydania; na fantastów otwiera się Otwarte i chyba coraz bardziej Wydawnictwo Literackie, w antologii świątecznej Znaku Pod dobrą gwiazdą pojawiły się teksty Anny Brzezińskiej i Wita Szostaka. Także Magda Kozak najnowszą powieść wyda najprawdopodobniej w Bellonie. Wszystko się jeszcze może zdarzyć, ale trudno nie traktować podobnych wydarzeń/zapowiedzi jako przejawów szerszego trendu. Fantastyka ma wreszcie szansę dorosnąć (po raz kolejny zresztą), wykluć się z kokonu dyktatu schematów, zostać dostrzeżoną poza fandomem. Jak każda dorosłość będzie to zapewne proces burzliwy i niejednorodny – jeśli się w ogóle utrzyma; tym bardziej trudno nie trzymać za niego kciuków.

 

Zapowiedzią podobnych mariaży byłaby w minionym roku właśnie Struktura Protasiuka, która znalazła się nieco w cieniu czytelniczych dyskusji. Bazujący na szkielecie thrillera korporacyjnego tekst ładnie spaja wątki obyczajowe, bliskozasięgową futurologię, komentarz do współczesności i elementy czysto fantastyczne. Tak właśnie może wyglądać fantastyka, kiedy nie odwołuje się do młodzieżowych wzorców powieści przygodowej. Podobnym tropem, acz zupełnie niezależnie – inne settingi, inne stylistyki – poszedł również Maciej Guzek w swoim Trzecim świecie, także umiejętnie przekraczającym ramy „fantastyki przygodowej”. (Co jeszcze łączy autorów: obaj wywodzą się ze środowiska poznańskiego i związani byli onegdaj z zinem „Inne Planety”.) Również Maja Lidia Kossakowska w Upiorze południa (zarżniętym wydawniczo: całość, mającą objętość przyzwoitej książki, wydano niestety w czterech mikrych tomikach, za które trzeba zapłacić łącznie zbójecką cenę ok. 100 złotych; a można inaczej, co pięknie pokazało Na ziemi niczyjej Runy) spróbowała odejść od tematów i stylistyki, z którą była dotąd głównie kojarzona. Pozostaje trzymać kciuki, żeby na tej jednej próbie się nie skończyło. Jak się okazuje, fantastyka nie musi przyjmować jedynie formy linearnej opowieści, pisanej według rozrywkowych recept wariacji na temat najpopularniejszych tematów.

 

Mocniej zamanifestowane zostało polskie New Weird, pod postacią Przedksiężycowych Anny Kańtoch i Głową w mur Rafała W. Orkana. I, co mniej oczywiste, właśnie Trzeciego świata – dalej mocno fantastycznego (tematycznie niebędącego „tekstem z pogranicza”), a jednocześnie przełamującym dotychczasowe konwencje (także tę najnowszą: urbanistycznego New Weird) i wytyczającego nowe szlaki na białych mapach fantasy.

 

Niejakie kontrowersje wzbudziła nagroda Żuławskiego, co pociągnęło za sobą powoli rozkręcającą się dyskusję. Choć kontrowersje, jak się wydaje, wynikły z nieporozumień (Paweł Matuszek zarzucał brak merytoryki krytycznoliterackiej przemówieniu laudacyjnemu, Jacek Sobota stawiał postulat a priori, żeby „Zajdel i Żuławski się nie dublowały” – choć przecież w zbieżności decyzji czytelników i jurorów nie ma niczego nadprzyrodzonego, tym i tym podobały się te same książki; co samo w sobie, skądinąd, też jest wdzięcznym tematem do zastanowienia – tak samo, jak sytuacja, gdyby nagrody dostały tytuły różne), to podobne manewry okołożuławskie zdają się ze wszech słuszne: nagroda jeszcze nie okrzepła, cały czas jest miejsce i na mogące jej pomóc wykrystalizować się uwagi heretyków, i dodające znaczenia i umacniające w fantastycznym pejzażu komentarze. Pozostaje z ciekawością wyglądać kolejnych nominacji i laureatów.

 

2009 był to także dobry rok dla fantastycznego filmu. Obok przeciętnych, ale nie najgorszych Surogatów albo słabującego Gamera, który podjętą ciekawą tematyką (metafora społeczeństw/życia jako komputerowej gry; próba uchwycenia zachodzącej zmiany pokoleniowej i mentalnej) zapowiadał niestety więcej, niż zaoferował – film to montowane jak uciążliwy wideoklip banalne mordobicie – pojawiły się też perełki.

 

Dziury logiczne z Dystryktu 9 mogłyby śmiało konkurować z Dniem niepodległości, film w połowie zbacza także zbrodniczo w stronę kolejnego wysokobudżetowego sensacyjniaka i schematycznego wyciskacza łez – za takie coś producentów należałoby karać nieprzerwanym miesięcznym oglądaniem polskich mydlanych oper na zmianę z Familiadą – ale nawet mimo tego wspaniale broni się śmiałością, przedstawioną wizją, quasi-dokumentalną formą, uniwersalną, a jednocześnie mocno komentującą rzeczywistość problematyką. Patrząc od tej strony, to najczystsze – według wzorców ze Srebrnej Ery – klasyczne science fiction.

 

Wydarzeniem w kinie jednak największym – pomijając może Avatara, przynależnego już chyba jednak bardziej do roku obecnego – wydaje się niepozorny, mający budżet mniejszy o rząd wielkości i od Dystryktu 9, i od kolosa Camerona – Moon w reżyserii debiutującego tak udanie w pełnym metrażu Duncana Jonesa, z grającym podwójną rolę świetnym Samem Rockwellem. Kameralny film, rozgrywający się w znakomitej większości w klaustrofobicznych pomieszczeniach księżycowej bazy, w którym w zasadzie jedynym aktorem jest właśnie Rockwell, na pozór samotnie doglądający wydobycia Helu 3, bez fajerwerków pokazuje, jakie emocje, fabularne napięcie, wzruszenia i pytania dotyczące ludzkiej tożsamości można stawiać z wykorzystaniem fantastyki. Rzadko się zdarza – tym bardziej należy się cieszyć – kiedy twórcom wychodzi rzecz tak wystająca ponad przeciętność; dzieło wybitne. Pozostaje trzymać kciuki, żeby nikt nie wpadł teraz na pomysł nakręcenia Księżyca 2.

 

No i kolejną nominację do Paszportu Polityki dostał znowu Jacek Dukaj… Należy mieć nadzieję, że tym razem wygra nie najlepsza „powieść korporacyjna”, „książka dla gejów”, „książka dla feministek”, „proza gender” – ale po prostu niepotrzebująca podobnych protez ideologicznych najlepsza literatura.
 

Michał Cetnarowski